Piłkarski lockdown w Polsce

bramka piłkarska

Przedpołudniowa sobotnia wizyta w Biedronce, skłoniła mnie do poniższej refleksji.

Lockown, jaki jest, każdy widzi

Od dzisiaj w Polsce obowiązuje lockdown, zatwierdzony rządowymi rozporządzeniami. Zamknięte hotele i obiekty sportowe, dzieci wróciły do nauki zdalnej. Trzecia fala koronawirusa – na nasz naród padł blady strach. Hmmm…

Taki obrazek sprzed godziny. Lokalna Biedra. Otwartych 5 kas, do każdej w kolejce na swoją kolej czeka po kilkunastu klientów, bez zachowania dystansu, z maseczkami na brodzie lub całkiem bez, a na sklepie kręci się kolejnych kilkudziesięciu w takim ścisku, że ciężko się przecisnąć nawet bez wózka. Na pewno znacie doskonale ten obraz ze swoich ulubionych dyskontów z  zagranicznym kapitałem. Przypominam, od kilkunastu godzin w Polsce obowiązuje lockdown, związany z III falą koronawirusa.

Nie jestem wirusologiem, nie znam się na przebiegach pandemii, nie mam specjalistycznej wiedzy w temacie. Jednak tak, jak większość społeczeństwa obserwuję sytuację, potrafię liczyć, analizować i wyciągać wnioski.

Jaki jest sens kolejnego lockdown’u, nie wiem. Nie możemy przekimać się w hotelu, możemy śpiewać w kościele, nie możemy grać w piłkę, możemy przepychać się do kasy w Biedronkach i innych Lidlach. Codziennie stykamy się z co najmniej kilkunastoma innymi osobami w pracy, sklepie, na stacji benzynowej itd. Ci mijani ludzie, mają kontakt z kolejnymi kilkunastoma, tamci z kolejnymi… Wiecie, jak wygląda błędne koło? Właśnie tak. Podczas pierwszej fali, wiedzieliśmy o drugiej, przy drugiej już zapowiadali trzecią i to mimo wprowadzania kolejnych obostrzeń. Tak się możemy ścigać w COVID’em w nieskończoność.

Sport to zdrowie

Jak wspomniałem wyżej, nie znam się na wirusach, ale trochę znam się na piłce nożnej. Ponad 20 lat funkcjonowania w realiach futbolu amatorskiego w różnych rolach, pozwoliło mi zdobyć doświadczenie, którym między innymi dzielę się na RomanOwo.

Od dziecka wmawiano nam, że sport to zdrowie. Ruch wspomaga odporność, wzmacnia organizm, niesie za sobą nieocenione zdrowotne korzyści. I wiecie co? Gówno prawda. Okłamywali nas rodzice, nauczyciele W-F, podręczniki biologii. Chcesz być chłopie zdrowy, siedź w domu. Przy okazji opychaj się byle czym, oglądaj telewizję i nawet nie waż się wychylić nosa na świeże powietrze. Oczywiście ironizuję, ale patrząc na to, co z nami pasjonatami piłki nożnej, robi rząd, nie mogę inaczej.

Jawne zabijanie amatorskiej piłki nożnej

Nie graliśmy w piłkę w zeszłym roku, wiele wskazuje na to, że kłody pod nogi będą nam rzucane również w tym. Trenowaliśmy w zimie w konspiracji, kitrając się po lasach i innych dziurach, kombinowaliśmy, żeby móc w normalnych warunkach kopnąć piłkę. Teraz kiedy wydawało się, że sytuacja w miarę się unormowała, znów dostajemy po łbie. Powtórzę pytanie stawione już po tysiąckroć: czym różni się piłkarz amator z A klasy grający z pasji, od kolegi, grającego 2 szczeble wyżej za 1000 zł stypendium? No sorry…

O ile rząd błądzi w swoich irracjonalnych decyzjach, o tyle dziwi mnie bierna postawa niektórych ZPNów. Centrala milczy, bo nie od dziś ma nas w dupie, o czym niejednokrotnie mieliśmy się okazję przekonać. Tam już dawno postawiono na piłkarstwo zawodowe i szkolenie młodzieży, bo to przekłada się na ich dochody. Ale Związki wojewódzkie, żyją z nas. To tysiące malutkich, wiejskich klubów ledwo wiążąc koniec z końcem, przesyła im pieniądze, za które mogą funkcjonować, opłacać swoich pracowników etc, etc. Buntowali się przedsiębiorcy, kiedy kolejne obostrzenia pozbawiały ich „chleba”, ZPNy w większości milczą, godząc się na sytuację.

Owszem są takie, które coś próbują, szarpią się, próbują ominąć, organizują, ale czy będzie to skuteczne? Mam nadzieję, że tak. Czas i determinacja pokażą. Trzymam kciuki między innymi za nasz Podkarpacki ZPN, który zapowiedział już pewne działania…

Jako były działacz związkowy z żalem obserwuję sytuację amatorskiej piłki w naszym kraju. Nie dość, że mamy ogromny problem z młodzieżą, która nie garnie się do gry, kolejne kluby nie przystępują do rozgrywek, brakuje sponsorów, a samorządy same zaciskając pasa (do wyborów), skąpią dotacji, to jeszcze musimy zmagać się z ciągłą niepewnością, trudnymi do zaakceptowania decyzjami, które są gwoździem do trumny dla kolejnych drużyn, często z długoletnimi tradycjami.

Ale dlaczego tak w ogóle kluby miałyby się rozwiązywać przez brak możliwości trenowania i grania? Bo kluby to ludzie. To ok. 650 tysięcy zawodników, którzy w większości robią to z pasji, którzy poświęcają bezinteresownie swój czas, zdrowie i nierzadko pieniądze, aby móc w niedzielę rywalizować i spotkać się z przyjaciółmi. Oni mają swoją cierpliwość, mogą w końcu machnąć ręką, zrezygnować, bo niepewność tego, co będzie dalej, nie pomaga. Jak nie będzie miał kto grać, nie będzie klubu, jak nie będzie klubów, nie będzie ligi, jak nie będzie ligi… no właśnie. Nieuchronnie zbliżamy się chyba do centralizacji naszego polskiego piłkarstwa.

Inny aspekt, o którym muszę wspomnieć to złość. Sam czuję się bardzo rozzłoszczony zaistniałą sytuacją, gdzie na 4 dni przed ligą dowiadujemy się, że grać nie będziemy co najmniej 3 tygodnie. Wiele w Polsce jest amatorskich klubów, które mimo tego, iż grają na najniższych szczeblach rozgrywkowych, mają duże ambicje, a do rywalizacji podchodzą na tyle poważnie, że mają np. zaplanowany okres przygotowawczy, wydają pieniądze na transfery, organizację sparingów itd. I kiedy już się wydaje, że wszystko jest poukładane, piłkarze mają mieć przymusowy, kilkutygodniowy urlop. Nie przesadzę jeśli cytując klasyka pół żartem, pół serio powiem, że „cały misterny plan w pizdu”…

Mógłbym tak jeszcze długo, ale po co? Co to da? Siedzimy udupieni do 9 kwietnia z nadzieją, że po tym czasie może nam pozwolą, może zrobią mniej testów i słupki zachorowań opadną… Bądźmy cierpliwi, ale jednocześnie nie bądźmy bierni, bo za chwilę na nasze stadiony będą zaorane, a klubowe kroniki wylądują na strychu ostatniego prezesa…