Usunięcie migdałków

Podzielę się z Wami moimi wrażeniami po zabiegu usunięcia migdałków, który to odbyłem we środę 11 grudnia. Z czytania postów na forach o tym zabiegu można dostać bólu nie tylko gardła ale i głowy, więc z mojego doświadczenia jasno przedstawię sprawę.

We wtorek o godz 6:50 stawiłem się ze skierowaniem do jasielskiego szpitala. Izba przyjęć „ruszyła” dopiero o godzinie 7:15, a kolejeczka do tego czasu zebrała się dość spora. Około godziny 8:15 byłem już przyjęty, przebrany i gotowy na wszystko…
Na oddziale po wypełnieniu masy dokumentów zająłem trzyosobową salę. Później dołączył do mnie jeszcze starszy pan ale to mało istotne.
Pierwsze badania rozpocząłem około godziny 9. Zmierzono mi ciśnienie, zważono, zmierzono, pielęgniarka pobrała mi kilka próbek krwi i założyła wenflon. 
Po tym wszystkim udałem się do gabinetu lekarskiego, gdzie pan doktor dokładnie obejrzał moje gardło.
o 10 byłem już niemal po wszystkim. Pozostała mi jeszcze tylko konsultacja z anestezjologiem. Konsultacja ta odbyła się dopiero po obiedzie (to co mówią o szpitalnym jedzeniu to szczera prawda). Miły pan anestezjolog powitał mnie uśmiechem, poszydził ze mnie trochę, że niby stary chłop migdałki usuwa i przeszliśmy do wywiadu. A że jestem zdrowe chłopisko bez historii operacyjnej nie trwało to długo. Na koniec poinstruował mnie, że zabieg będzie odbywał się w znieczuleniu ogólnym i mogą być problemy przy odintubowaniu, ponieważ będzie to robione już po całkowitym wybudzeniu i może być nieprzyjemnie.
Na tym zakończyły się wszelkie badania i inne pierdoły tego dnia. O 21 dostałem jeszcze tabletkę, którą nazwałem rozluźniająco-przygotowującą 🙂
O 7 rano dnia następnego założono mi kroplówkę i dostałem do połknięcia kolejna pigułę. Zestaw powyższy kompletnie mnie rozłożył i nawet nie wiem kiedy zasnąłem. o 9:50 obudziła mnie pielęgniarka z łóżkiem na kółkach. To już! Poprosiłem o możliwość skorzystania z toalety. Sam bez pomocy obszedłem kibelek i na własnych nogach doszedłem do sali operacyjnej, wedle instrukcji położyłem się na łóżku, rozłożyłem ręce. Na sali były wtedy dwie pielęgniarki i jakaś pani bez fartucha. Jedna z pielęgniarek wbiła mi w żyłę dwa zastrzyki, druga podłączyła kable i inne duperele. Pani w cywilu natomiast założyła mi maskę z tlenem. Zawsze myślałem, że tlen to coś ultraczystego, świeżego. Okazało się, że zapach tlenu jest dość hmmm specyficzny. Dostałem polecenie, aby głęboko oddychać. Wykonałem je bez oporu. Jeden wdech, drugi, trzeci pomyślałem „nie usnę, nie uśpią mnie”. Piątego wdechu już nie pamiętam. A jednak dali mi radę.
Obudziłem się na swojej sali, leżąc na lewym boku, przykryty kołderką o godzinie 11:50. Zaraz jak tylko się ocknąłem zjawiła się pielęgniarka i podłączyła mi kroplówkę. Ból był na ten czas straszny. Bolało mnie całe gardło, każde przełknięcie śliny sprawiało, że cały sztywniałem. Zaczęły mnie boleć uszy i zęby. W dodatku piekły pokaleczone przy zabiegu wargi i język. Koszmar… Około 12:30 zjawiły się u mnie moja kobieta z moja mamą. Miło, że mnie odwiedziły, ale wtedy naprawdę nie miałem ochoty nikogo oglądać. Przemordowaliśmy do 14 i pojechały. W tych bólach leżałem do 15, kiedy to skończyła się kroplówka. Siostra odłączyła kroplówkę, dała zastrzyk w żyłę, a drugi w ramię podskórnie. Po kilku minutach poczułem błogą ulgę. Ból ustępował. Ufff wreszcie. Po kilkunastu minutach bolało już tylko trochę przy przełykaniu. to wszystko. A ból ten porównać można do zwykłego bólu gardła przy przeziębieniu. Taki do wytrzymania. Dostałem drugą kroplówkę, potem kolejną. Do północy uzbierało się ich 7!!! Co 4 godziny dostawałem zastrzyk w ramię, a w dłuższym odstępie czasowym dożylnie. Przez cały czas ból był już znośny.
W nocy co kilka godzin byłem budzony na zastrzyki. Na drugi dzień (czwartek) o 5:30 dostałem kroplówkę no i normalnie zastrzyki. Dożylne nie bolały ale te podskórne piekły jak cholera. o 8 dostałem grysik do zjedzenia jednak musiałem poczekać aż wystygnie. Zjadłem nawet bez problemów. Później badanie u lekarza, który stwierdził dużą opuchliznę, jednak same rany goiły się dobrze. A! Jeśli chodzi o mowę to nie sprawiała mi ona bólu jednak mówiłem strasznie niewyraźnie. Przez cały drugi dzień po zabiegu dostawałem zastrzyki. Kroplówka była tylko jedna ta poranna. 
Dzień trzeci (piątek) zaczął się niewesoło, ponieważ obudził mnie ból. Nie był on tak duży jak po samym zabiegu, jednak dużo większy niż przez ostatnie godziny. Przy porannym obchodzie powiedziałem o tym lekarzom, którzy stwierdzili, że jednak zostanę przy większej dawce morfiny, a do domu pójdę dopiero w niedzielę, nie jak dotąd było ustalone w sobotę. Ja brałem MORFINĘ!!! Te zastrzyki w ramię to było to gówno, które sprawiało, że tak błogo się czułem.
Przy badaniu około godziny 9 usłyszałem znów to co dzień wcześniej. Fajnie się goi ale okropnie opuchnięte stąd problemy z mową. Piątek zleciał bez zbędnych ekscesów. Ból normalny przy przełykaniu, 3 papki dziennie, zastrzyki. Ostatnia morfinę przyjąłem w sobotę nad ranem. chyba było coś koło 5. Sobota miała minąć pod tytułem „DZIEŃ BEZ MORFINY”. Byłem ciekawy jak zareaguję na odstawienie, czy będzie znów bolało. Okazało się, że koło godziny 11 zaczęło mocniej boleć, jednak nie aż tak, żeby normalnie nie funkcjonować. W dalszym ciągu brałem zastrzyki dożylnie. Przez cały dzień byłem jednak rozdrażniony. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca, wszystko mnie wkurzało, chciałem już być w domu. Nawet papka jakoś mniej smakowała 😉
Przebolałem tą nieszczęsną sobotę, chociaż ciągnęła mi się ona w nieskończoność. W nocy z soboty na niedzielę, obudził mnie ból. Był na tyle duży, że nie obudził, więc bolało dość mocno. Pozwijałem się jednak, poskręcałem i zasnąłem. Ostatnie dwa zastrzyki dożylne dostałe o północy i 6 rano w niedzielę.
Niedziela była dniem wyjścia więc czekałem jak na szpilkach na panią doktor. Ta jak na złość zjawiła się dopiero o 9:30. Obchód i badanie. I znów: „goi się ładnie ale jeszcze spuchnięte”. A ciul z tym chcę do domu! Ból był umiarkowany. Taki do wytrzymania. Oczywiście przy przełykaniu. Przy normalnym funkcjonowaniu owszem coś czuć, ale idzie to zbagatelizować. O 10:30 byłem już wypisany i czekałem tylko na moja kobietę, która miała po mnie przyjechać. Zaleceń do domu masa. Zakaz kąpieli, dźwigania, jedzenia, alkoholu… Do kontroli za tydzień. Dostałem 100 Ketanolu w razie bólu 2 razy 1 tabletka. W domu przygotowałem sobie zupkę przecierową zjadłem ze smakiem i zażyłem pierwszy Ketanol. Tak jak po nim nie czułem się od wtorku! Nic nie bolało, nawet przy przełykaniu. było tak normalnie! Działać przestawał stopniowo od godziny 19… O 21 byłem już wrakiem. Bolało cały czas, a wraz z gardłem  zęby i uszy. Wiem, że Ketanol nie jest dobry dla organizmu więc nie chciałem go nadużywać. Pomyślałem, że jak zasnę to puści. O 22:50 musiałem zażyć kolejną tabletkę. Około 23:15 puściło i odpłynąłem.
Dziś jest całkiem dobrze póki co bez Ketanolu. Boli przy przełykaniu ale nie tak strasznie. Myślę, że będzie już tylko lepiej. Jak przebiegała moja rekonwalescencja i kiedy ból całkiem ustapi napiszę w kolejnym poście.